Wielki Aleksander Gordon |
|
- Musisz! Wierzę w twój talent. - Kobiety na ogół nie są żądne sławy. Ale tyś mi zaszczepił ten bakcyl, przyznaję. - Czeka cię wytężona praca. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jakiego samozaparcia wymaga kariera artysty. Wszyscy sądzą, że nasze życie składa się z samych blasków, oklasków i francuskiego koniaku, że sukcesy spadają na nas lekko jak barwne confetti. Ale ty widzisz, iIe wysiłku kosztuje mnie każda rola, ty wiesz. - Mam przed sobą jeszcze pół roku. Ćwiczę przecież od rana do nocy. Jestem wytrwała i uparta. - Wzięłaś to po mnie. Dlatego też dziwi mnie, że od pewnego czasu nie nazywasz mnie ojcem. Czy sądzisz, że tego nie zauważyłem? Nie, Ewo, to nie jest w porządku. Przyznasz chyba, że traktuję cię jak rodzoną córkę, jeśli nie lepiej. - Córkę, córkę - rzuciła Ewa tonem rozdrażnionym, z domieszką goryczy. -Jesteś despotyczny, samowładny jak faraon, co jeszcze byłoby do zniesienia. Ale ty jesteś gromowładny jak Zeus. Wielki Aleksander Gordon! A ja lubię cię - dodała z przekornym uśmiechem - kiedy jesteś rozczarowany, zmęczony, lubię twoje chwile słabości. Wtedy stajesz się bardziej ludzki, mniej patetyczny. I masz w sobie bezradność małego chłopca. Takim cię lubię najbardziej. Teraz już wiesz? - A ja Iubię, gdy jesteś pogodna, wesoła i mniej uszczypliwa. Masz nazywać mnie ojcem. Żądam tego! - Odezwał się Zeus rozkazodawca! - zawołała Ewa i uderzyła w klawisze, wydobywając z nich kilka taktów zgiełkliwej Wagnerowskiej uwertury. - Nie mam ochoty na sprzeczki. Wyjdziesz z nastroju i gorzej pójdzie ci praca. Żegnam cię patetycznie, despotycznie i jak tam jeszcze? Aha -gromowładnie. Idę na próbę. Gdybym się spóźnił - nie czekaj z obiadem. |