Wielki Aleksander Gordon |
|
- Wszystko rozumiem. Tak, teraz wszystko rozumiem. Oczywiście. Na dwa dni wyjadę z Warszawy, żebyś miała czas na rozważenie swojej decyzji, a jeśli będziesz przy niej trwała - na wprowadzenie jej w czyn. W każdym razie wszystko, co znajduje się w tym domu, należy do ciebie. Pieniądze są w lewej szufladzie biurka. Możesz nimi dowolnie dysponować. Żegnam cię... Bądź zdrowa. Gordon rolę tę odegrał nieporównanie. Był wspaniałomyślny, pełen godności i w miarę tragiczny. Tak jak zapowiedział - wyjechał do Kazimierza, a kiedy wrócił, Leny już nie zastał. Przez długi czas nie mógł odzyskać równowagi. Zaczął pić, noce spędzał w knajpach z przygodnymi kompanami, spóźniał się na próby, odrzucał role. Okres ten nazwał póżniej żartobliwie cytrynowym okresem swojego życia. Wynikało to stąd, że co wieczór w Klubie Aktora wypijał pół litra jarzębiaku pod cytrynę pokrajaną w plasterki i posypaną cukrem. Różni naciągacze spośród aktorskiego paspólstwa czyhali na niego. Gdy tylko wchodził do Klubu, jakaś postać zrywała się od stolika: - Mistrzu, czy nie mógłby pan pożyczyć mi stówy? Filmowiec Krummel, autor niezłych krótkometrażówek, o którego względy zabiegały młode aktorki, pewnego wieczoru ustrzelił Gordona w szatni. Działał przez zaskoczenie, gdyż znali się raczej przelotnie. - Mistrzu, musi mi pan pożyczyć dwa tysiące. Gordon, obezwładniony tupetem tego człowieka, sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął dwie pięćsetki. - Proszę... Nie mam więcej przy sobie. Po trzech dniach w teatrze wezwano Gordona do telefonu. Mówił Krummel: - Mistrzu, mam u pana tysiąc złotych... Kiedy mógłbym je dostać? Potrzeba mi do zarżnięcia. I tym razem Gordon dał się sterroryzować bezczelnością filmowca. |