Wielki Aleksander Gordon |
|
Upływały lata, dziesiątki lat, a on był wciąż niekochany. I ten niezaspokojany głód miłości dodawał tragizmu jego szekspirowskim kreacjom. Sława Gordona rosła, ale malała szansa na osiągnięcie osobistego szczęścia. Był pasierbem losu i życie przebiegało mu pomiędzy aplauzem widowni a samotnością mrocznego gabinetu, gdzie książki piętrzyły się do sufitu. I jeszcze to ostatnie rozczarowanie z Izoldą. Ta banalna i bezsensowna historia w stylu brukowej powieści. Właśnie wtedy na horyzoncie pojawiła się Ewa. Jemu miała wszystko do zawdzięczenia. Ale i on jej również. Dla niego grała ulubioną Balladę g-moll, dla niego pragnęła zdobyć laur na Kounkursie Chopinowskim, dla niego starała się stworzyć w domu atmosferę ciepła i spokoju. Oboje lubili swoje angielskie wieczory, kiedy Gordon recytował wiersze Poego, Burnsa, Keatsa. Gordonowie wywodzili się ze Szkocji. Pradziad Aleksandra, mistrz, który posiadał sekret produkcji porcelany, uległ namowom Staszica i wbrew zakazowi władz wymknął się potajemnle z Anglii, aby osiedlić się w Polsce, gdzie założył pierwszą fabrykę wyrobów porcelanowych. Upływ lat, biedbalstwo spadkobierców, kolejne pożary unicestwiły jego dzieło. W rodzinie pozostał tylko kult dla języka przodków, który pielęgnowano jak rodowy klejnot. Ewa była urodzoną pianistką. Jej fenomenalna muzykalność wprawiała w podziw. Od dziewięciu lat nie rozstawała się z fortepianem. Olśniewała tałentem, wrażliwością, wyczuciem stylów, wirtuozerią. Rok spędziła na studiach pianistycznych w Anglii. Gordon chciał, aby poznała kolebkę jego rodu, a równocześnie udoskonaliła swą angielszczyznę. Upajali się muzyką i poezją, żyli teatrem i pracą, mieli wspólne upodobania, przylegali do siebie jak pierścień do palca. |