Wielki Aleksander Gordon |
|
Rok 1955 otworzył tamy. Repertuar teatrów wzbogacił się o nowe sztuki, które dotąd nie miały dostępu do polskich scen. Na afiszach pojawiły się nazwiska Sartrea, Anouilha, Salacrou. Ale talent Gordona wymagał większego napięcia. Był w swoich kreacjach patetyczny i kolosalny, jak Michał Anioł w rzeźbie. Zaćmiewał wszystkich, rozsadzał scenę, nie miał dla siebie godnych partnerów. $więcił właśnie tryumfy w Mazepie. Takiego Wojewody od czasdw starego Leszczyńskiego w Warszawie nie oglądano, toteż bilety na przedstawienie rozchwytywane były na miesiąc naprzód. Wtedy właśnie, pewnego wieczoru, za kulisami zjawiła się Izolda. Ojciec jej był śpiewakiem operowym i wymyślił dla niej to pretensjonalne imię, aby uczcić w ten sposób Wagnera. Pomysł godny tenora - pomyślał Gordon. Izolda pracowała w jednej z redakcji Polskiego Radia, gdzie polecono jej opracować audycję: Godzina z Aleksandrem Gordonem. Przyszła uzyskać jego zgodę i ustalić wszystkie szczegóły. Gordon z właściwą mu galanterią powiedział: - Czy się zgadzam? Musiałbym być ślepy jak Homer, żeby odmówić takiej ślicznej dziewczynie. Ten zdawkowy komplement wywołał rumieniec na twarzy Izoldy. Gordon przyglądał się jej okiem znawcy. Miała duże, zdziwione oczy w oprawie starannie podczernionych rzęs; usta świadome swego powabu, z lekka prawokujące; prześliczne. małe uszy, i tylko miękki, tępo zakończony nos nadawał rysom twarzy ledwie dostrzegalny odcień wulgarności. Głowa osadzona na długiej szyi, nieznacznie uwypuklonej przez powiększoną tarczycę, była zachwycająco zgrabna. Jej ksztalt podkreślały krótko obcięte, proste włosy, spadające zalotnie na czoło bezładną grzywką. - Mój szef powierzył mi przygotowanie tej audycji. Kiedy mogłabym omówić z panem scenariusz? Liczę na pańską pomoc. |
Poprzednia strona
| 14 |
Następna strona
|