Wielki Aleksander Gordon

Izolda nie tytułowała go mistrzem, co zmniejszało dystans pomiędzy nimi. Nie wiedziała nawet, że ujęła tym Gordona. Po prostu przyswoiła sobie młodzieżowy styl, odrzucający kult dla uznanych autorytetów. Traktowała Gordona jak zabytek z epoki, która ją mało interesowała. Była na wskroś nowoczesna tą sztuczną nowoczesnością dziewcząt ładnych i zarozumiałych, ale absolutnie powierzchownych.

- Jak pani redaktor sobie życzy - rzekł Gordon z lekką ironią w głosie. - A może pani czuje się za młoda, aby wolno było tak panią tytułować?

- Z tą młodością pan chyba przesadza. Mam już skończone studia polonistyczne.

- Naprawdę? No cóż, bardzo z tym pani do twarzy.

- Pan Gordon - na plan! - rozległ się w głośniku głos inspicjenta.

- Przepraszam panią, muszę iść na scenę. Możemy się umówić. Czy zechciałaby pani przyjść do mnie? Powiedzmy - w poniedziałek. O dwunastej. Już sobie notuję. Będę czekał.

4

Rozmowa toczyła się w gabinecie Gordona przy czarnej kawie. Izolda rozgłądała się ciekawie po pokoju.

- Co oznacza ta płaskorzeźba? - zapytała wskazując na gipsową kopię Nike z Samotraki.

- Nike? A dlaczego bez głowy? Podoba mi się ten wschodni pejzaż. Bakałowicz? To istniał taki malarz? A tamci żołnierze na biwaku? Fałat? Niemożliwe. Przecież Fałat malował śnieżne krajobrazy. Ma pan dużo ładnych rzeczy. Weźmy się jednak do pracy. Proszę mi opowiedzieć o sobie.

Izolda notowała i nie zadając pytań zdała się całkowicie na tok opowiadania Gordona:

Biblioteka - Katalog


Talizmany