Wielki Aleksander Gordon |
|
Chciała uchodzić za bardzo nowoczesną, operowała frazesami z prasy literackiej i ograniczoność umysłu podszytego wiatrem starała się ratować lekceważeniem i pogardą dla spraw, które przekraczały jej ubożuchną wiedzę. - Proust? Nie mam do niego cierpliwości. Jak pod mikroskopem analizuje najdrobniejsze spostrzeżenia i odruchy. Albertyna, owszem. Ale to nie jest lektura dla człowieka nowoczesnego. Ja lubię tempo, tempo! Skróty myślowe, syntetyczne ujęcie zdarzeń, przeżyć, charakterów. Trzeba iść skacząc po górach, ze szczytu na szczyt. Nie znoszę dreptania w miejscu. Gordon słuchał tego bezmyślnego szczebiotu i uświadamiał sobie nie bez zdziwienia, że Izolda coraz bardziej pociąga go i niepokoi. Uświadomił też sabie, że od kilku dni zaprząta jego uwagę. Powiedział kładąc dłoń na jej dłoni: - Wie pani, coraz częściej o pani myślę. To śmieszne, prawda? - Ja też. Odkąd pana poznałam, nie myślę o nikim innym. Pan jest nadzwyczajny. Po tych słowach nastąpiły zwierzenia: - Jestem dziewczyną Krummla. Zna go pan... Ten z filmu. Ale ostatnio przestałam się z nim widywać. Przepędziłam go. Przy panu wydaje mi się płaski i bezbarwny. Nie chcę go znać. Nie rozumiem nawet, jak mogłam z nim żyć przez dwa lata. - Dlaczego pani mi to opowiada? Przecież on jest żonaty. Znam jego żonę. - To nieważne. Liczy się tylko pan. Tamto minęło. Pomyślałam sobie, że z takim człowiekiem jak pan powinnam być szczera. Krummel już dla mnie nie istnieje. Audycja wypadła świetnie. Gordon znowu zabłysnął wszystkimi barwami swego talentu. Pokazał, czym może być głos, sam głos. Dla każdego fragmentu scenicznego umiał znaleźć odrębną intonację, odrębny wyraz, jedynie właściwy i niezrównanie trafny. Sukces audycji przypisał w całości Izoldzie. Ale tym razem nie była to tylko kurtuazja. Chciał podarować uroczej dziewczynie cząstkę samego siebie. Zresztą nazajutrz po audycji posłał jej bukiet róż z podziękowaniem. |
Poprzednia strona
| 19 |
Następna strona
|