Wielki Aleksander Gordon

- Od nikogo dotąd nie dostatam tak pięknych kwiatów - powiedziała Izolda. -Pan jest nadzwyczajny.

Gordon telefonował do niej co wieczór. Prosiła go o to. Przyjeżdżał pod gmach Radia i odwoził ją do domu. Izolda mieszkała z matką bardzo skromnie i krępowała się zaprosić go do siebie. Widywali się więc zazwyczaj na mieście.

Powiedział do niej pewnego razu z tkliwę poufałością:

- Gdybym się nie obawiał śmieszności, przyznałbym się, że jestem w tobie niemal zakochany.

- O jakiej śmieszności pan mówi? - zapytała Izolda szeroko otwierając oczy i marszcząc tępo zakończony nosek.

- Jestem o dwadzieścia pięć lat starszy od ciebie. Czy rozumiesz, co to znaczy?

- Absurd. To nic nie znaczy, nic! Uważam pana ża majwspanialszego mężczyznę na świecie. I proszę nie traktować mnie jak powierzchownego, głupiego podlotka. Chcę, żeby pan był zakochany we mnie. Przecież i ja... Czy nic pan nie czuje?

Gordon czuł. Czuł przypływ ciepła, którego łaknęło jego nienasycone serce.

- Powiedz, Izoldo. czym mógłbym ci sprawić przyjemność? Może masz jakieś pragnienie?

W oczach jej zabłysły iskierki dziecinnej niemal przekory:

- Tak, tak! Okropnie lubię mandarynki. Marzę o mandarynkach.

Nazajutrz Gordon uzyskał połączenie z Rzymem. W polskiej ambasadzie odezwał się kobiecy głos:

- Kto? Aleksander Gordon? Z teatru Narodowego? Dla pana wszystko. Oczywiście. To drobiazg. Cieszę się, że pana slyszę. Wyślemy jutro. Nie ma za co. Proszę zgłosić się na lotnisko do pilota. Pozdrowić pana ambasadora? Tak, tak, przekażę mu. I my pozdrawiamy pana. Doprawdy nie ma za co...

Biblioteka - Katalog


Talizmany