Wielki Aleksander Gordon |
|
Gordon, którego zmroziła oziębłość Izoldy, po tych słowach znowu poczuł przypływ nadziei. - Godzisz się na to? Chcesz tego? - Tak... Żeby nie było banalnie. A wie pan, że jeszcze nie jadłam obiadu? Jestem głodna. Pojechali do restauracji. Izolda jadła szybko, kazała dać sobie wina. - Mam wolny wieczór - rzekł Gordon. Może pójdziemy na koncert? Gra Ojstrach. - Ojej, boli mnie ząb - jęknęła Izolda. - Wypadła mi dzisiaj plomba. Ćmił od rana, a teraz rozbolał na dobre. - Może zawieźć cię do dentysty? - Nie. Chcę wrócić do domu. Przecież moja mama jest dentystką. Wieczorem Gordon odstawił samochód do garażu i postanowił przejść się po mieście. Drzewa nosiły na sobie złote i czerwone piętno października. Wcześnie zapadał zmierzch, robiło się chłodno. Przed kinem Gordon załrzymał się i obejrzał plakat. Wyświetlano film kryminalny. - Jean Gabin - przeczytał Gordon i postanowił obejrzeć tego aktora, którego bardzo cenił. Spoglądał na ekran, ale przed oczami ciągle miał jeszcze Izoldę. Myślał o niej bezustannie... Wspominał jej zaciśnięte usta i przenikało go uczucie goryczy. Więc dziewczyna nowoczesna, która w dodatku żyła dwa lata z Krummlem, nie zna smaku pocałunku? Jakież to smutne! Po skończonym seansie wyszedł z kina. Od roku nie palił, a teraz podrażnił go aromat amerykańskich papierosów. Rozejrzał się i zobaczył z daleka sylwetkę Izoldy. Przebił się przez tłum, podszedł bliżej. Tak, to była Izolda. Trzymała Krummla pod rękę i tuliła twarz do jego ramienia. Gordon dosłyszał urywki zdań: - Widzisz, mała, jak to jest... - Nie mów... Pójdziemy do mnie... Matka wyjechała. |
Poprzednia strona
| 22 |
Następna strona
|