Wielki Aleksander Gordon

Potem widział, jak wsiedli do taksówki i odjechali. A więc miał rację. Ośmieszył się przed tą głupią, kłamliwą dziewczyną. Wystrychnęła go na dudka, dał się nabrać na wyuczone, płytkie frazesy. Wielki artysta? Nie! Wielki błazen! Jeszcze jedna próba, zakończona sromotną porażką. Każda z nich woli swojego Krummla. Oto ideał przeciętności.

Szedł pieszo do domu, zraniony tą nową zniewagą, zawiedziony, obolały, pełen bezgranicznego smutku. Nagle poczuł się stary, nikomu niepotrzebny. Izolda miała słuszność. Cała jego sztuka, styl gry, tragiczne role -wszystko to było zmurszałe, pokryte pleśnią. Życie poszło naprzód - bez niego. Pozostały wspomnienia i gorycz rozczarowań. Nędza wielkości.

Mżył drobny, jesienny deszcz. Gordon ciężkim krokiem przeciął plac, idąc w kierunku domu.

Pojedyncze latarnie świeciły tak słabo, że zaledwie dostrzegł niepozorną postać dziewczynki, która zbliżyła się do niego.

- Proszę pana, która godzina?

Spojrzał na zegarek.

- Za dziesięć jedenasta.

- Proszę pana! Niech pan mnie weźmie do siebie.

- Nie rozumiem! O co ci chodzi?

- Proszę pana... Ja daję tak jak żadna.

Dziewczynka wyglądała najwyżej na lat jedenaście-dwanaście. Gordon wzdrygnął slę na jej słowa.

- Co ty pleciesz! Ruszaj do domu. Czy mam zawołać milicjanta?

- O... Zaraz milicjanta... Niech pan spróbuje... Nie będzie pan żałował.

- Słuchaj, dziecko, idź do domu, radzę ci!

- Ja nie mam domu.

- A gdzie nocujesz?

- Różnie. Na dworcu. Pójdę z panem, dobrze? Nie musi mi pan płacić.

Biblioteka - Katalog


Talizmany