Wielki Aleksander Gordon |
|
- Dobranoc. Gordon w sypialni zamknął się na klucz. Ogarniało go przerażenie na myśl, że Ewa mogłaby przyjść w nocy i ponowić swą propozycję. Był głęboko wstrząśnięty niedolą dziewczynki, która dostała się w ręce jakiejś występnej pary. Zastanawiał się nad koniecznością zawiadomienia milicji o bezeceństwie owego opiekuna. Los Ewy przysłonił mu chwilowo przejścia z Izoldą. Takie to było nieważne wobec dramatu dziecka, które wymagało ratunku i pomocy. Rano Ewa jeszcze spała, kiedy Gordon wyszedł do teatru. Reżyserował Cyda, ale sam w sztuce nie grał. Dokuczał mu ischias i nie mógł długo wytrwać w pozycji stojącej. Z próby wywołał go woźny. Dyrektor miał do niego ważną sprawę. - Panie Aleksandrze, telefon do pana. Z milicji. Gordon wziął słuchawkę. - Hallo. Tak, to ja. Na bazarze Różyckiego? Co pan mówi? Niemożliwe... Wcale na to nie wyglądała... Nie, nazwiska nie znam... Tak, Ewa... Teraz nie mogę, ale za godzinę... Dobrze, przyjadę... - Co się stało? - zapytał dyrektor. - Nic ważnego. Drobna kradzież w moim mieszkaniu. W komisariacie Ewa siedziała wylękniona jak zaszczute zwierzątko. Na ławce leżał duży tobół. Gordon poznał swoje dwa garnitury, serwetę, kryształową popielniczkę, kilka łyżeczek. Wszystko to owinięte było w koc. - Nic nie rozumiem. Przecież w domu jest gosposia. I jak ona zadźwigała na Pragę taki tobół... Podszedł do Ewy. - Dobre z ciebie ziółko. Wcześnie zaczynasz. |
Poprzednia strona
| 29 |
Następna strona
|