Wielki Aleksander Gordon |
|
Ewa na widok jego wielkiej, korpulentnej postaci cofnęła się w kąt i zakrywając twarz rękami zawołała błagalnym głosem: - Proszę mnie nie bić!... Proszę mnie nie bić! Spoza rozcapierzonych palców wyzierały duże niebieskie oczy. Łez w nich nie było, tylko zwierzęcy strach. - Tu się nikogo nie bije - powiedział autorytatywnie dyżurny podoficer. - Co z nią zrobicie? - zapytał Gordon. - Przetrzymamy w Izbie Dziecka, a potem przekażemy do sądu dla nietetnich. Dostanie pan wezwanie na rozprawę. Teresa siedziała w kuchni zapłakana. - Taka mała i już złodziejka, mój Boże. Usmażyłam jej na śniadanie jajecznicę, ugotowołam kakao, a kiedy ma chwilę wyszłam po zakupy, okradła dom i uciekła. Już nic z niej nie będzie. Pójdzie do poprawczaka, zmarnuje się do reszty. Zepsucie w narodzie jest, proszę pana. Nawet nie zauważyłam, że coś zginęło. Dopiero jak zadzwonili z milicji, połapałam się, że garniturów nie ma w szafie. To moja wina. Nie powinnaan była jej zostawiać. - Wszystko się znalazło. Nie zdążyła sprzedać. - Szkoda dziecka, oj, szkoda. Nie ma ojca ani matki. Taki kundel bezdomny. A panu przydałaby się i żona własna, i córeczka. Ciągle pan tylko sam i sam. - Dobrze, dobrze, Tereso. Znam to na pamięć. Zjadł obiad, ubrał się i pojechał do Wandy. Miał z nią romans, który sprowadzał się niemal wyłącznie do obopólnej przyjaźni. Romans bez miłości i bez namiętności. Zażyłość z domieszką erotycznego przyzwyczajenia. Opowiedział Wandzie przygodę z Ewą. |
Poprzednia strona
| 30 |
Następna strona
|