Wielki Aleksander Gordon |
|
- Że też ty masz zawsze coś, co komplikuje ci życie. Stale przy tabie plączą się jakieś ciemne postacie. Wszyscy cię naciągają. A potem taki Krummel chwali się, że cię strzelił na dwa tysiące. - Lepsze to, niż gdybym ja musiał pożyczać od Krummla. Zyskałem przynajmniej tyle, że Krummel będzie mnie teraz unikał do końca życia. Mówiąc to Gordon równocześnie pomyślał, że Izolda i Krummel bawią się jego kosztem i na jego koszt. Ogarnęło go uczucie goryczy i niesmaku. Czym wobec takiego grzęzawiska jest występek nieszczęsnej Ewy? W sądzie Gordon siedział ponury i spode łba przyglądał się małej winowajczyni. Stwierdził, że skradzione rzeczy należały do niego. Wszystko, co mówił, było oskarżeniem trzynasteletniej złodziejki. Rozprawa toczyła się przed sędzią dla nieletnich, kobietą młodą, o ciepłym głosie i spojrzeniu. Nadęta mina i obrażony ton Gordona brzmiał dysonansem na tej sali, gdzie wyczuwało się raczej atmosferę współczucia niż potępienia. Toteż na ładnej twarzy Wysokiego Sądu odmalowało się zdziwienie, gdy Gordon, dotąd tak surowy, przed zamknięciem przewodu wstał i oświadczył: - Chcę zaopiekować się tym dzieckiem. Gotów jestem wziąć na siebie odpowiedzialność za los Ewy. postaram się stworzyć jej odgowiednie warunki, otoczyć ją opieką i należycie wychować. Proszę Sąd o wyznaczenle mnie kuratorem. Ewa, pełna rezygnacji, siedziała w samochodzie obok Gordona i przyglądała się ciekawie tablicy rozdzielczej. Jechali w milczeniu. Teresa powitała ich z radosnym podnieceniem. - Taki jest nasz pan! Widzisz, jaki to człowiek? A ty go okradłaś, niedobre dziecko! |
Poprzednia strona
| 31 |
Następna strona
|