Wielki Aleksander Gordon

- Jesteście, moi drodzy, fuszerzy. Nie potraficie wymyślić dowcipnej drwiny. Pamiętacie tyradę o nosie z “Cyrana de Bergerac”? Otóż ja nauczyłbym was najlepiej, jak można mnie wyśmiać. A więc, powiedzmy: “Gordon dusi Desdemonę, bo z siebie nic już wydusić nie może”. Albo: “Ewa to Reduta Gordona, bo musi wysadzać”. Ale wam brak wyobraźni, moi drodzy.

Z kąta sati wysunął się stary Windyga. Był kompletnie zalany, łysinę pokrywały mu kropelki potu, szedł zataczając się. Wybełkotał ochrypłym głosem:

- Ty... jesteś stary świntuch. Rozumiesz? Stary świntuch, który udaje apostoła. Ja ci to mówię. Mnie oczu nie zamydlisz.

- Znów się upiłeś - powiedział łagodnie Gordon.

- Nie twój interes. Ojczulek! Kto cię nie zna, ten ci uwierzy. Stary lubieżnik... No co? Możesz mi dać w mordę. Ty jesteś wielki Gordon, a ja -kompletne zero. Wal, bracie, tobie wolno.

- Odczep się! Pogadamy, jak wytrzeźwiejesz.

Gordon wyszedł z teatru z uczuciem niesmaku. Domyślał się, że słowa Windygi były echem komentarzy, które krążyły za kulisami. Zaczął się zastanawiać.

- Dla nich jestem reliktem minionej epoki. Tak jak dla Izoldy. Kimś w rodzaju mamuta. Muszę więcej obcować z młodzieżą. Tak. Ewa będzie moim łącznikiem. Nie ci z teatru, ale właśnie jej koleżanki i koledzy.

W zimie, podczas świątecznej przerwy, Gordon zabrał Ewę do Zakopanego. Uczył ją jeździć na nartach, odbywali dalekie spacery sankami i pieszo. Ewa z zabiedzonej i wychudzonej dziewczynki stawała się zgrabną, miłą panienką. Nie była piękna. Miała duże uszy, które zakrywała włosami, wydatne kości policzkowe i cofnięty nieco podbródek. Ale wielkie niebieskie oczy posiadały tyle wyrazu, że zwracały na siebie ogólną uwagę. No i ręce. Cóż to były za ręce! Wąska dłoń o długich palcach i kształtnych paznokciach przykuwała spojrzenia. Wymowa tych rąk, kiedy nimi gestykulowała oszczędnie i z wdziękiem, ujawniała nieomylnie jej harmonię wewnętrzną. Ruchy te były pełne utajonej melodii. W każdym razie tak widział je Gordon.

Biblioteka - Katalog


Talizmany