Wielki Aleksander Gordon |
|
Dla uczczenia tak uroczystego dnia poszli wieczorem na koncert, a potem na kolację do Bristolu. Gordon był wniebowzięty i chociaż nie przywiązywał zbytniej wagi do urzędowych formnlności, doznawał satysfakcji, że uczucia ojcowskie, które żywił względem Ewy, znalazły legalne potwierdzenie. Jego piękna twarz o wydatnym orlim nosie, ciężkich powiekach i pełnych wargach nabrała w ostatnich czasach wyrazu dobrotliwej pogody, a teraz jaśniała radosnym uniesieniem. Kazał zamrozić butelkę szampana i w przypływie szczerości zaczął opowiadać Ewie o sobie. O blaskach i cieniach swojego życia. Nie był skory do zwierzeń, ale odkąd przelał na nią całe bogaciwo swego serca, pragnął, aby nie mieli przed sobą tajemnic, chciał pokazać jej siebie w zarysie najbardziej ludzkim, ze wszystkimi słabościami. Wierzył, że bardztej przybliży go do niej jego małość niż wielkość. - Każdy mówi o tobie z zazdrością - zauważyła Ewa - a ty nigdy nie czułeś się szczęśliwy. Nie mogę tego pojąć. - Mylisz się, kochanie. Tak było. Odkąd ty jesteś przy mnie, moje życie stało się inne, nabrało sensu. Widzę przed sobą cel. Sztuka jest tylko środkiem. Zły ze mnie artysta, skoro szczęścia musiałem szukać poza nią. Znalazłem je w tobie. To śmieszne, prawda? Można zrozumieć utajone instynkty macienyńskie u starej panny, jak nasza Teresa. Ale mężczyzna? W moim wieku? Jest w tym coś z aktorskiego kabotyństwa. Ale nie warto nad tym się zastanawiać. Twoje zdrowie, Ewuniu. Bylebyś ty była szczęśliwa. Bodaj Marmontel powiedział, że muzyka to jedyna sztuka, która sama z siebie czerpie upojenie, wszystkie inne pożądają widzów. Dlatego ty nie będziesz przeżywała takich upadków jak ja. Twój los ułoży się inaczej. Upłynął rok od tej rozmowy, pierwszy recital Ewy w Filharmonii przyniósł jej olśniewający sukces. A potem Gordon uzyskał dla niej stypendium i wysłał ją do Londynu i Edynburga, miasta, z którego wywodził się jego ród. |
Poprzednia strona
| 41 |
Następna strona
|