Katarynka |
|
- Otóż, mój Pawle, będę ci płacił dziesięć złotych na miesiąc, ale wiesz za co?... - Za to, ażebyś na podwórze nigdy nie puszczał katarynek! -wtrącił spiesznie lokaj. - Nie - rzekł pan Tomasz. - Za to, ażebyś przez jakiś czas co dzień puszczał katarynki. Rozumiesz? - Co pan mówi?... - zawołał służący, którego nagle rozzuchwalił ten niepojęty rozkaz. - Ażeby, dopóki się z nim nie rozmówię, puszczał co dzień katarynki na podwórze - powtórzył mecenas wsadzając ręce w kieszenie. - Nie rozumiem pana!... - odezwał się służący z oznakami obrażającego zdziwienia. - Głupiś, mój kochany! - rzekł mu dobrotliwie pan Tomasz. No, idźcie do roboty - dodał. Lokaj i stróż wyszli, a mecenas spostrzegł, że jego wierny sługa coś towarzyszowi swemu szepcze do ucha i pokazuje palcem na czoło... Pan Tomasz uśmiechnął się i jakby dla stwierdzenia ponurych domysłów famulusa wyrzucił katarynce dziesiątkę. Następnie wziął kalendarz, wyszukał w nim listę lekarzy i zapisał na kartce adresy kilku okulistów. A że kataryniarz odwrócił się teraz do jego okna i za jego dziesiątkę począł przytupywać i wygwizdywać jeszcze głośniej, co już okrutnie drażniło mecenasa, więc zabrawszy kartkę z adresami doktorów wyszedł mrucząc: - Biedne dziecko!... Powinienem był zająć się nim od dawna... |