Siłaczka |
|
I zaczęło się, podczas wpatrywania się w okno, nadzwyczajnie szczegółowe, pilne, badawcze bezlitośnie i subtelne oglądanie własnej bezsilności. Śnieg padał wielkimi płatkami, przesłaniając smutny krajobraz zimową mgłą i zmrokiem. *** Chimeryczną a bezpłodną gonitwę myśli przerwały nagle wykrzykniki gospodyni usiłującej przekonać kogoś, że doktora w domu nie ma. Doktor jednak wyszedł do kuchni, aby rozerwać pasmo męczących go myśli. Ogromny chłop w żółtym kożuchu zmiótł "wściekłą czapą" pył spod jego nóg w głębokim pokłonie, odgarnął pięścią włosy z czoła, wyprostował się i zamierzał rozpocząć orację. - Czego? - zapytał doktor. - A to, wielmożny doktorze, sołtys mię tu przysłał... - Po co? - A po wielmożnego doktora. - Kto chory? - Nauczycielka ta u nas we wsi zachorzała, sparło ją cosi. Przyszedł sołtys... jedźcie, pada, Ignacy do Obrzydłówka po wielmożnego doktora. Może, pada... - Pojadę. Konie dobre? - A konie ta, jak konie: śwarne gady. Podobała się doktorowi myśli jazdy, zmęczenia się, choćby nawet niebezpieczeństwo. Wdział z nagłym ożywieniem grube buty, kożuszek, futro, którym można by było otulić wiatrak, pasem się opasał i wyszedł przed dom. "Gady" chłopskie niewielkie były, ale okrągłe, wypasione - wasąg olbrzymi na saniach, słomą wyładowany i okryty kilimkiem. Zanurzył się w słomę, otulił, chłop przysiadł bokiem na przednim siedzeniu, odmotał parciate lejce z kłonicy, konie zaciął. Pomknęli. - Daleko to? - zagadnął doktor. - Będzie ta może ze trzy mile, może nie ma... - Nie zbłądzisz? Chłop obejrzał się z uśmiechem ironicznym. - Któż... ja? Wiatr dął w polu przejmujący. Nie kute, ukośne, ledwo ociosane siekierą sanice wrzynały się w głęboki, świeżo spadły śnieg, odwracając na bok białe jego skiby. Drogę zaniosło. wyrywa się z tego błota, czemu jest leniuchem, marzycielem, refleksjonistą, psowaczem własnych myśli, karykaturą wstrętną samego siebie?... |