Siłaczka |
|
- Nasza wieś, wielmożny panie... Zamigotały światełka w oddali, podobne do chwiejących się w różne strony punkcików, dym zapachniał. - Nuże, małe! - zawołał wesoło na konie woźnica rozgrzewając się za pomocą obijania boków pięściami. Za chwilę mijali pędem szereg chat, do strzech zasypanych śniegiem. Na tle szyb zamarzniętych okien, od których padały na drogę kręgi światła, rysowały się cienie głów. - Wieczerzę ludzie jedzą... - bez żadnej potrzeby zauważył chłop, przypominając doktorowi czas "wieczerzy", której spożywać dnia tego nie miał nadziei. Konie zatrzymały się przed jakimś domostwem: chłop wprowadził doktora Pawła do sieni i znikł. Namacawszy klamkę doktor wszedł do małej, nędznej izby, oświetlonej kagankiem naftowym. Zgrzybiała i zgarbiona jak rączka parasola kobiecina ujrzawszy go zerwała się z łóżka, poprawiła chustkę na głowie i jęła mrugać powiekami, a wytrzeszczać czerwone oczy ze źle tajonym przerażeniem. - Gdzie chora? - spytał. - Samowar macie? Stara w przerażeniu swym do słowa przyjść nie mogła. - Samowar macie, herbaty możecie mi zrobić? - Jest ten ta samowar... jeno cukru... - Masz tobie! Cukru nie ma? - A nie ma... chybaby Walkowa mieli, bo to panienka... - Gdzie ta wasza panienka? - A dy w stancyi nieboga leży. - Dawno chora? - Pokładała się to ta już ze dwie niedziele, a teraz ani ręką, ani nogą. Ścisnęło i pokój. Uchyliła drzwi do izby sąsiedniej. - Zaraz! Ogrzać się muszę - zawołał gniewnie doktor zdejmując futro. Ogrzać się w tej norze nie było trudno: z pieca rozchodziło się takie gorąco, że doktor co prędzej wsunął się do pokoju "panienki". Małą tę i nadzwyczajnie ubogą izdebkę oświetlała lampa przyćmiona, stojąca na stole obok wezgłowia chorej. Rysów twarzy nauczycielki nie można było rozeznać, gdyż padał na nie cień jakiejś dużej księgi. Doktor zbliżył się ostrożnie, lampę rozświetlił, usunął książkę i przyglądać się zaczął pacjentce. Była to młoda dziewczyna, pogrążona we śnie gorączkowym. Szkarłatem była powleczona jej twarz, szyja, ręce - na tle tym znać było jakąś wysypkę. Jasnopopielate, niezmiernie bujne włosy leżały poplątane pasmami na poduszce, wiły się na twarzy. Ręce bezwiednie i niecierpliwie szarpały kołdrę. |