Siłaczka |
|
Doktor Paweł pochylił się aż do samej twarzy chorej i zaczął nagle mówić głosem, który przecinało i dusiło przerażenie: - Panno Stanisławo, panno Stanisławo, panno Stanisławo... Chora leniwie i z wysiłkiem dźwignęła powieki, lecz zamknęła je natychmiast. Przeciągała się, przesuwała głowę od jednego końca poduszki do drugiego i jakoś cicho, boleśnie, głucho jęczała. Co chwila otwierała usta, z wysiłkiem jak karp połykając powietrze. Doktor powiódł oczami po nagich, wapnem wybielonych ścianach izby, dostrzegł okno źle opatrzone, przemokłe i zeschnięte trzewiki chorej - stosy książek leżące wszędzie: na ziemi, na stoliku, na szafce... - Ach, ty szalona, ty głupia! - szeptał załamując ręce. Gorączkowo, z trwogą i żalem zaczął ją badać, mierzył drżącymi rękami temperaturę. - Tyfus... - wyszeptał blednąc. Z wściekłością ściskał sobie gardło, w którym dławiły go, niby zwitki pakuł, łzy niezdolne wypłynąć. Widział, że jej nic nie pomoże, nic nie może pomóc - roześmiał się nagle, wspomniawszy, że po taką chininę lub antypirynę trzeba posyłać do Obrzydłówka... trzy mile. Panna Stanisława otwierała od czasu do czasu oczy szklane, bezmyślne, podobne do zastygłego pod powiekami płynu i patrzyła nic nie widząc przez długie, koliste rzęsy. Wołał na nią najczulszymi nazwami, unosił jej głowę słabo trzymającą się na szyi - na darmo. Usiadł bezwładnie na stołku i wpatrywał się w płomień lampy. Oto nieszczęście jak wróg śmiertelny zadało mu ślepy cios i wlecze teraz bezsilnego do jakiejś mrocznej pieczary, do jakiejś szczeliny bez dna... - Co począć? - szeptał drżąc. Przez szpary okna wdzierał się chłód burzy zimowej i przechodził przez izbę jak widmo złowieszcze. Zdawało się doktorowi, że go ktoś dotyka, że prócz niego i chorej jest w izbie ktoś trzeci. Wyszedł do kuchenki i zakrzyknął na służącą, aby mu wołała natychmiast sołtysa. Stara wdziała co tchu olbrzymie buty, okryła głowę "zapaską" i zabawnie podskakując znikła. Wkrótce potem zjawił się sołtys. - Słuchajcie, nie znajdziecie mi człowieka, który by pojechał do Obrzydłówka? - Teraz, panie doktorze, nie pojedzie... zawieja. Na śmierć pojedzie. Psa ciężko wygnać. - Ja zapłacę, wynagrodzę. - Nie wiem ja... przepytam się. Wyszedł. Doktor Piotr ściskał skronie, które zdawał się rozsadzać napływ krwi. Przysiadł na skrzynce i o czymś dawnym, dalekim myślał. Dały się wkrótce słyszeć kroki: sołtys prowadził parobczaka w kożuszynie przedartej, nie dosięgającej mu do kolan, w zgrzebnych spodniach, kiepskich butach i czerwonym szaliku na szyi. |